Niniejsza strona używa plików cookies w celu optymalizacji korzystania ze strony internetowej, w celach statystycznych oraz popularyzacji strony za pomocą serwisów społecznościowych. Warunki przechowywania plików cookies możesz określić w przeglądarce internetowej.

KOSZYK
Dziękujemy za dodanie pracy do koszyka.

Wywiad z Danielem Kowackim

20.05.2025

Światło za mgłą. Rozmowa z Danielem Kowackim

 

Karolina Greś:
Chciałabym Cię lepiej poznać, poznać Twoją sztukę. Nawet jeśli to brzmi górnolotnie – co Cię napędza do tworzenia? Dlaczego to robisz?

Daniel Kowacki:
To chyba najprostsze pytanie, a jednocześnie najtrudniejsze. Tworzę, bo… zawsze tworzyłem. Od dziecka. Rysowałem od momentu, kiedy tylko nauczyłem się trzymać długopis. Potem pojawiły się książki – pamiętam, że miałem może z dziesięć lat, kiedy przeczytałem „Kroniki Spiderwick”. Ilustracje Tony’ego DiTerlizziego mnie zachwyciły. Powiedziałem wtedy mamie, że chcę zostać ilustratorem. I mama – mieszkaliśmy w Częstochowie – zaprowadziła mnie do sklepu plastycznego i kupiła mi pierwszą obsadkę ze stalówką. Od tamtej pory wiedziałem, że to jest to.

KG:
Czyli wszystko zaczęło się od rysunku?

DK:
Tak, ale dziś maluję i piszę piosenki. Jestem też wokalistą w duecie Fomotok – gramy alternatywny pop. Zaczęliśmy na poważnie w zeszłym roku, trafiliśmy nawet na playlisty z Brodką. To ogromna frajda, choć równolegle angażuję się w inne projekty – sztuka wizualna to jednak mój główny nurt.

KG:
A jak wyglądała Twoja edukacja artystyczna?

DK:
Po gimnazjum dostałem się do Liceum Plastycznego im. Jacka Malczewskiego w Częstochowie. Chciałem studiować grafikę, ale trafiłem na ceramikę – nie jestem w tym dobry, ale dyplom mam. I to doświadczenie ostatecznie przyniosło mi wiele – choćby staż w Portugalii, gdzie poznałem jednego z moich najbliższych przyjaciół. Potem zrozumiałem, że chcę iść w stronę projektowania graficznego – bo to sposób, by być artystą i z tego żyć. Poszedłem na studia graficzne w Krakowie, gdzie zrealizowałem dyplom z identyfikacji wizualnej dla Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych.

KG:
Jak zrealizowałeś ten projekt?

DK:
Sam ich odwiedziłem. Chciałem, żeby mój dyplom miał prawdziwą wartość, a nie był tylko ćwiczeniem. Projekt ostatecznie nie został wdrożony w całości, ale było to bardzo wartościowe doświadczenie. Potem pracowałem w studiu graficznym i agencji reklamowej, jednocześnie rozwijałem się w social mediach – byłem bardzo aktywny na Instagramie. Pewnego dnia odezwał się do mnie Bartek Walczuk – zaprosił mnie do współpracy przy projekcie dla WOŚP, dla Dawida Podsiadły. To była nagroda za to, że miałem odwagę pokazać, co robię.

KG:
Czyli wierzysz w łączenie sztuki i promocji?

DK:
Tak, absolutnie. Nie cierpię tego powiedzenia, że „głodny artysta to płodny artysta”. To absurd. Współczesna świadomość zdrowia psychicznego pokazuje, że spokój, stabilizacja, bezpieczeństwo – pozwalają tworzyć więcej i lepiej. Dlatego nie widzę nic złego w tym, że ktoś traktuje swoją sztukę jak pracę, jak biznes. To umożliwia rozwój. Skończyły się czasy, w których trzeba było się ukrywać z tym, że chce się zarabiać na swojej twórczości.

KG:
Ale czujesz, że nadal musisz się z tego tłumaczyć?

DK:
Nie muszę, ale czasem czuję taką potrzebę – może dlatego, że spotykałem się z krytyką. Choć z biegiem lat coraz mniej. Często osoby nie pokazują swojej sztuki w mediach społecznościowych, bo uznają to za przestrzeń niewartą uwagi lub za mało ambitną na ich twórczość. A ja uważam, że to po prostu narzędzie. Używam go, by dotrzeć do ludzi. Moje obrazy trafiły do Desa Unicum nie dlatego, że oni mnie znaleźli – tylko dlatego, że ja do nich napisałem.

KG:
Co chcesz przekazać w swoich obrazach? Czy te prace mają konkretną emocję?

DK:
Szukam szczerości i wrażenia. Maluję obrazy, które sam chciałbym mieć u siebie na ścianie. Tworzę prace nostalgiczne, przygaszone – jak wspomnienie. Albo jak dzieciństwo, które się przeżyło… albo które się chciało przeżyć. Myślę, że to efekt terapii, przez którą przeszedłem. Dziś patrzę na swoje dawne ja z większym zrozumieniem. Obrazy są zaproszeniem do wspólnego odczuwania. Nie musisz ich „rozumieć”, wystarczy, że coś w Tobie poruszą.

KG:
Powiedziałeś wcześniej, że Twoje obrazy odnoszą się do wspomnień – tych prawdziwych i tych wyobrażonych. Zastanawiam się więc: czy romantyzujesz przeszłość?

DK:
Kiedyś tak. I to bardzo. Gdyby zebrać ludzi, którzy romantyzują przeszłość, to myślę, że siedziałbym w pierwszym rzędzie. Ale już nie. Staram się tego nie robić, bo wiem, jak bardzo potrafi to zamknąć człowieka – nie tylko na przyszłość, ale co gorsza: na teraźniejszość. Zdarza mi się jeszcze wpaść w ten tryb, jasne, nie jestem robotem. Ale łapię się na tym szybciej. I to pozwala mi bardziej być „tu i teraz” – nawet jeśli moje obrazy nadal opowiadają o tym, co było albo mogło być. Po prostu – już bez tej mgły idealizacji.

KG:
Malujesz dla siebie czy dla odbiorcy?

DK:
Dla siebie. Ale bardzo cenię moment, w którym ktoś inny zobaczy w tych obrazach coś, co też w nim poruszyło wspomnienie. Myślę, że wszyscy mamy podobne emocje z dzieciństwa – wspomnienia tworzenia baz w krzakach, zabaw, światła wpadającego przez liście. To wspólne doświadczenie, choć przeżywane indywidualnie.

KG:
Opowiesz o tytułach swoich prac?

DK:
To nawiązanie do słowa komorebi – czyli światła przesączającego się przez liście drzew. Te prace to fragmenty ulotnych wrażeń. Tych, które były – i tych, które mogłyby się wydarzyć. Te bardziej przedstawieniowe nazywam omoide, czyli „wspomnienie”.

KG:
A sam proces twórczy?

DK:
Maluję szybko. Kiedy już sięgam po farby, zazwyczaj kończę obraz w jeden dzień. Jeśli nie – wiem, że muszę zacząć od nowa. Te obrazy żyją obok mnie, dosłownie – moja pracownia to mój dom. Jeśli coś mi nie pasuje – znika. Kolor stał się ostatnio kluczowy – wcześniej pracowałem głównie w czerni i bieli, dziś dobór palety to dla mnie akt emocjonalny.

 

KG:
Co jeszcze zobaczymy na wystawie?

DK:
Oprócz obrazów – planuję wprowadzenie drobnych obiektów, takich jak stary wazon znaleziony na targu staroci. Być może uda mi się też przygotować lampion z papieru ryżowego, z motywem światła i cienia. Chciałbym też przygotować dla odwiedzających drobne prace – jak pocztówki, numerowane odbitki, które można będzie po prostu zabrać.

KG:
To piękny pomysł – dostępność, intymność, zaproszenie. Twoje obrazy są niezwykle sugestywne. I, choć pełne światła, to także przefiltrowane przez mrok. Bardzo Ci dziękuję, Danielu – za szczerość, zaufanie i piękną opowieść.

DK:
Dziękuję. To bardzo dużo dla mnie znaczy.


Rozmowę poprowadziła Karolina Greś  

 

Prace Daniela Kowackiego można obejrzeć na wystawie pt. Widzę Cię coraz mniej, na wystawie w Galerii Art Office

Profil artysty na stronie galerii

Strona artysty